6 marca 2017

Modny minimalizm?

Modny minimalizm?
 Już jakiś czas zastanawiam się, czy poniedziałek nie powinien zostać mianowany na Korostorii ulubionym dniem. Pierwszy dzień tygodnia daje mi poczucie, że mogę zacząć coś lepiej, od początku.

 Wczoraj czytałam różne blogi, wiele mi jeszcze zostało. Ale przeczytane wpisy wprawiły mnie w zadumę. Przyznaję otwarcie, że jestem hipokrytką. W większości przypadków  mówię inaczej, niż robię. Wiem, że to złe. Ale staram się przyznawać do tego. Na chwilę obecną wydaje mnie się słuszne, że moi znajomi wiedzą o mojej nielogicznej cząstce. Ale nie o tym chcę pisać.
 Trafiłam na wpis dotyczący minimalizmu.
 Odnoszę wrażenie, że jest on modny w ostatnim czasie. Lubię być choć trochę na czasie. Minimalizm podoba się mnie jako coś prostego i szykownego zarazem. Półki sklepowe uświadamiają, że prostota kosztuje. Czy da się w pewien sposób żyć prosto i elegancko, ale też skromnie?

Pewnie się jakoś da. Tylko jak? Należy być mało wystarczalnym i prawie nic nie kupować? A może kupować tylko wyszukane rzeczy? 


 Przeglądając grafikę po wpisaniu minimalist w wyszukiwarkę, poczułam potrzebę podjęcia jakiegoś wyzwania. Jest Wielki Post, z moimi drobnymi postanowieniami jakoś mi idzie... Jeszcze. Czemu by nie wykorzystać tego motywującego dla mnie czasu na wzbogacenie się o doświadczenia?

Tak, ktoś może stwierdzić, że minimalizm nie ma nic wspólnego z Bogiem. Czy asceta jest minimalistą? Czy dzień bez Internetu nie wyjdzie chrześcijaninowi na dobre? Nie chcę tego naginać czy coś, lecz porządkując życie duchowe, można się zająć też tym ziemskim, prawda? Jakby nie było, obie sfery są ze sobą połączone.

Na niektóre rzeczy nie mamy wpływu - fakt. Należy zaakceptować swoją bezradność, mimo że jest trudno. Staram się. Kiepsko się z tym czuję, ale... Trzeba jakoś żyć i zająć się sprawami, które są w zasięgu naszej ręki. Bezsensu jest wyszukiwać zadań, które mogą się okazać naszymi górnolotnymi ambicjami, dążeniem do idealizmu. Można się w tym pogubić. Nie tylko w posiadaniu bombowego mieszkania, figury, bloga, biblioteczki.. W życiu psychicznym, duchowym też się to sprawdza. Ślepo patrzeć w dalekie cele nie zwracamy uwagi, jak piasek w klepsydrze zwanej "życie" powoli się przesypuje.

 Może dlatego minimalizm wydaje mnie się spoko. Nie ma co wybiegać daleko w przód. Cieszyć się tym, co się posiada. Nie ograniczać się, a jednak zachowywać umiar. Daleko mi do tego. Może dlatego tak mnie to fascynuje?

Ale tak... Poniedziałkowy wieczór. Jutro wtorek. Nowy dzień nieskalany błędami. Więc powoli.
Małymi kroczkami. Trzeba się ruszyć. Cieszyć z życia. Jakby jutro miało nie nadejść.

4 marca 2017

Niewidzialność może być przeszkodą albo siłą, zależy, co postanowisz z nią zrobić.

Niewidzialność może być przeszkodą albo siłą, zależy, co postanowisz z nią zrobić.
Jeanne Ray

Jeszcze wczoraj myślałam, że będzie to jeden z tych depresyjnych wpisów, gdzie narzekam na całe życie.Ale nie. Nie zrobię tego.

Nie będę jednak ukrywała, że zastanawiam się nad sensem pisania dalej bloga. Niby to lubię, ale od jakiegoś czasu średnio się odnajduję. Nie mam pomysłów na wpisy... Prawdą  jest, że w ostatniej chwili wynajduję jakiś temat i staram się pisać jakieś sensowne rzeczy na temat. Myślę, że to mi w miarę wychodzi, Ale dobra, mniejsza z tym. To tylko moje dzikie rozkminy.


A teraz trochę pozytywnych rzeczy. W tym tygodniu działo się tyle, ze odnoszę wrażenie, że niektóre z nich działy się sto lat temu.

W poniedziałek koleżanka miała wystawę w nowej kawiarni. Wszystko super, tylko rozczarowałam się organizacją przestrzeni, jeśli chodzi o zamieszczanie zdjęć. Wiszą w ramkach nad schodami, które prowadzą do jakichś biur. Ale kawiarenka przytulna i tylko czekam na okazję, aby się tam przejść. Doszłam do wniosku, że powinnam znać różne ciekawe i klimatyczne miejsca w moim mieście. Takie przydają się najbardziej, a McDonald jest dość popularnym miejscem, gdzie niekiedy ciężko znaleźć trochę przestrzeni dla poważnych spraw.

 Wtorkowe popołudnie spędziłam na spaniu. W środę wstałam więc o 3.30. Z rozmów wyciągnęłam wnioski, że może trochę za bardzo się staram, skoro zajmujące mi połowę nocy rzeczy da się zrobić szybciej, prościej. Pewnie trochę w tym prawdy. Każdy jest jednak inny. Ja lubię komplikować sobie życie. Wtedy czuję, że mam co robić i nie czuje się bezradna.

Pamiętacie, ja bardzo dawno temu pisałam o castingu? Wtedy nie wzięłam w nim udziału. Ale moi znajomi ta i w czwartek była premiera.Występ był ciekawy. Może odrobinę za szybko wszystko się działo - akcja działa się w szpitalu, rak i te sprawy. Było poruszanych wiele wątków i brakowało takich króciutkich odstępów. Ale prócz tego, super było zobaczyć osoby, z którymi gadam na co dzień, jak z pasją robią to co bardzo lubią. Po spektaklu zostałam chwilę, aby pomóc posprzątać. Zwinęłam przy okazji porzuconą kartkę z tekstem i chwytami do piosenki. Oj, ja nie dobra. Ale utwór ten jest taki... poruszający? To on sprawił, że na koniec przedstawienia trochę płakałam.
Lubię odkrywać :D
Piątek. Zawsze o 19.00 wyruszam na Niniwę. Jestem wdzięczna, że mnie tam zaprowadzono. Chodzę już prawie rok. Czuje się, że w pewnym stopniu to taka moja rodzina. Wiele się wydarzyło i wiem, że jeszcze się stanie. A teraz... Nie muszę od razu się rozgadywać na tematy, które mnie gnębią. Wystarczy, że mina jest nie taka, a już się słyszy jakieś krzepiące słowa. To jest takie super. Prawdą jest, że nigdy nie doświadczyłam takiej książkowej i filmowej przyjaźni na śmierć i życie. Ale doświadczam wsparcia, odzyskuję wiarę w siebie, mam dobrych znajomych, którym mogę zaufać. A to wszystko dzięki wierze. Wierze w Boga.

Myślę, że sobota też całkiem nieźle minęła. Muszę zrobić jeszcze kilka rzeczy, ale to tam. Dam radę :)
Po tygodniowych dołkach nie ma już zbyt wielkiego śladu. Oby tak dalej.

Jak Wam minął tydzień? Jakieś zmiany? Nowe postanowienia na Wielki Post? Inna perspektywa? A może codzienna rutyna z uśmiechem na twarzy?

P.



18 lutego 2017

Szukamy drogowskazów

Szukamy drogowskazów
W ostatnim czasie spotkałam się ze stwierdzeniami dotyczącymi oceniania innych oraz siebie. Obie kwestie są połączone ze sobą w jakiś sposób.

Nie, nie chodzi mi tu o taką samą ilość liter.

Kiedy szufladkujemy osoby dookoła nas, z czasem sami chcemy stać się jak niektóre z nich. Wtedy widzimy w sobie więcej wad, popadamy w coraz to bardziej wymyślne kompleksy. Ale podejrzewam, że to już  wiecie.

 Naturalnie, w drugą stronę też się da. Zauważamy osoby, które zdają się mieć dwie lewe ręce do wszystkiego, pełno niedoskonałości i daleko im do nas. Wtedy to czujemy się od nich lepsi, bardziej idealni. To też już pewnie wiecie.

Najlepsze w tym wszystkim jest to, że gdyby zabrać nam wszystkie rzeczy materialne oraz zniszczyć hierarchię, będziemy wszyscy tacy sami. Może nie atom w atom, ale jednak. Wiele nas dzieli, ale wiele nas łączy.

Każdy z nas jest inny.
Każdy z nas jest człowiekiem i ma prawo do błędów.
Każdy z nas jest dziwny.
Każdy z nas ma swoją historię, życie.
Każdy z nas ma swoje poglądy lub dopiero ich szuka.
Każdy z nas ma problemy.
Każdy z nas pragnie odnaleźć swoje miejsce na Ziemi.
Każdy z nas szuka drogowskazów, które mu w tym pomogą.
Każdy, nawet ten sąsiad z boku obok, który zawsze się tak dziwnie na Ciebie patrzy.


Nikt jednak nie powiedział, że będzie łatwo. Mówią o szczęśliwym życiu. A życie jest skomplikowane. Szczęśliwe i skomplikowane życie.

Na tym blogu nie znajdziesz złotego środka na komplikacje. Przepraszam, jeśli Cię zawiodłam. Mogę Ci jedynie powiedzieć, że do wszystkiego trzeba dojść samemu. W odpowiednim czasie.

Nawet zrozumienie "najoczywistszej oczywistości" może zająć kilka lat Wiesz, to działa jak suchar. Usłyszysz go podczas rozmowy ze znajomymi, oni zdążą już się pośmiać i przejdą na polityczne tematy, a ty dopiero wybuchasz śmiechem. A czasem się zdarzy, że ktoś Ci musi tłumaczyć.

Ludzie, których mamy dookoła są różni. Jedni nas zawodzą i niszczą naszą wizję świata, podczas gdy drudzy starają się podtrzymywać nas na duchu i zrozumieć swoją wartość. Dobrze byłoby się trzymać tylko z tą dobroduszną częścią społeczeństwa, lecz tak się nie da.

W sumie, dzięki temu możemy wyjść na ludzi. Wiele wylanych łez i roztrzaskanych wazonów może zakończyć się asertywnym okrzykiem "DOŚĆ!". Ważne jest, abyśmy zrozumieli w jakiej sytuacji się znajdujemy. Czasem okłamujemy sami siebie, że jest dobrze. Że nie mamy problemów. Ale może pojawić się ktoś, kto powie "Tu się mylisz.". Jeśli tak się stanie, to dziękuj swemu Bogu za to. Padły kiedyś słowa, że czasem Bóg spóźnia się 15 minut, ale i tak zdąży. Nie wiem, jak to przełożyć dla ateistów. Nie należę do nich.

Myślę jednak, że niezależnie od tego w co i kogo wierzymy, zostaniemy kiedyś postawieni w sytuacji, gdy uświadomimy sobie, że nie można siedzieć w miejscu i ukrywać się w rozpadającej się powoli beczce. Zostaniemy zmuszeni, aby wstać i stawić czoła problemom. Jeśli się poddamy na starcie... Nie, nie można wymiękać. To źle się kończy.

Oczywiście, trzeba się przygotowywać na takowy czas. Należy poznawać siebie, próbować siebie zrozumieć. Zaprzyjaźnić się z sobą. Nie patrz na innych, jeśli nie masz na celu zmotywowania się do działania. Każdy z nas jest inny. Można mieć autorytety, ale trzeba też myśleć samemu. Po co mielibyśmy umiejętność myślenia?

Nie chodzi o stanie się tą podziwianą przez wszystkich osobą, którą tak wychwalają dzisiaj na Facebooku. Chodzi o to, aby stać się lepszym od samego siebie. To dopiero wyzwanie.

Budowanie własnej wartości to ciężka sprawa. Ale trzeba zaczynać od małych rzeczy.  Wstałeś dzisiaj prawą nogą z łóżka? Pierwszy sukces. Nie zabił Cię krwiożerczy komar w drodze do łazienki? Kolejny punkt dla Ciebie. Naucz się cieszyć z tych minimalnych, niewidocznych sukcesów. To pomaga. Potwierdzam.



Nie ma sensu też dzielić się na kategorie. Przykładowo - bycie ścisłowcem nie znaczy, że nie możesz być wszechwiedzący, a humanistą, że nie możesz konstruować robotów. Usłyszałam to od dwóch osób i jest w tym jakiś sens. Nie ograniczajmy siebie do sklepowej półki, skoro nie jesteśmy puszką zielonego groszku za 1,99.
Copyright © 2016 Dziewczyna z Korostorii , Blogger