8 sierpnia 2016

ŚDMowe klimaty

Witajcie!
 W końcu wzięłam się za siebie i postanawiam podzielić się ze światem przeżyciami ;) Dwa tygodnie były pełne zaskakujących zdarzeń!


 Pierwsze siedem dni w klimatach ŚDMów to Dni w Diecezjach. Spędziłam je po oblacku we Wrocławiu. Już pierwszego dnia zostałam wyposażona w różne rzeczy, aby dobrze spędzić tam czas :)
 Każdy poranek zaczynał się tak samo, ale dalej... To z tym różnie bywało.




 Razem z trzema koleżankami, dostałam zakwaterowanie u starszego małżeństwa, którzy byli bardzo mili. Zaopatrzone w karimaty i śpiwory, usłyszałyśmy, że w mieszkaniu są dla nas przeznaczone dwa pokoje z dwuosobowymi łóżkami. Takie luksusy ;)


 Podczas tego wyjazdu było wiele rzeczy... Kiedy podzieliliśmy naszą ekipę na grupki, aby wymienić się krótkimi świadectwami, nie wiedziałam co powiedzieć. Jakoś wybrnęłam z sytuacji, ale kurczę. Po powrocie, na spotkaniu było podobnie. Z biegiem czasu uświadomiłam sobie, że trochę bardziej poznałam siebie, bardziej zagłębiłam się w to kim jestem. Poznałam również bliżej ludzi, którzy otaczają mnie prawie na co dzień. Poznałam też osoby z drugiego końca świata, typu Hong Kong, Kanada, Włochy. Wysłuchałam przemyśleń i katechez od ojców z różnych stron świata i bardziej przejrzałam na oczy. Dużo dały mi też do myślenia rozmowy ze współlokatorkami, a także z dziewczyną , z którą dzieliłam pokój. Mogę śmiało powiedzieć, że od tego czasu panuje w mojej głowie chaos, którego nie umiem ogarnąć. Mieszane uczucia. Znaczy, teraz już powoli zaczynam coś rozumieć... Jakieś postępy chyba są ;)





 Od ludzi naprawdę dużo się nauczyłam. Zapadły mi w pamięci słowa, że jeśli mamy na coś ochotę, to po prostu musimy wyjechać pierwsi z inicjatywą. Zawsze na przeszkodzie stoi nam jakaś bariera, przez co czasem tracimy okazję do wykazania się i udowodnienia sobie, że coś potrafimy, do zdobycia znajomości. Przekonałam się, że potrzebna jest odwaga, otwartość, chęć... A także nie można się złościć na kogoś, jeśli ta osoba czegoś nie zrobi, ale nie zachowa się tak, jak to sobie wymarzymy. Z uśmiechem na twarzy dołączyć do grupy i się przedstawić - to już początek nowych znajomości ;) Przekonałam się o tym najbardziej w dwóch przypadkach.


Pierwszy, aby poznać ludzi z Hong Kongu. Problem stanowił język. Jakoś trudno było mi w siebie uwierzyć i uświadomić sobie, że ci ludzi nie oleją mnie z powodu na moje gramatyczne błędy. Po prostu muszę mówić coś, usiłować normalnie rozmawiać, zamiast wychodzić na niemowę. To na pewno nie pomoże w nawiązywaniu znajomości.


Drugi, aby zintegrować się i dobrze bawić. Wiadomo, że zawsze tworzą się jakieś ekipy, kiedy to zawsze razem coś się robi. Aż pewnego razu zwalczyłam strach przed zgubieniem się i przyczepiłam do Niniwitów z innego miasta. Dzięki temu poznałam tez trochę Polaków :) Ta sytuacja pokazała mi, że czasem to inni ludzie mogą Cię blokować. Nie mówię, że masz się z nimi o to kłócić, czy coś. Po prostu, każdy człowiek ma takie pragnienie, aby coś zrobić. Wiadomo, że nie każdy z ekipy też ma na to ochotę. Jak jedna osoba się zgodzi to fajnie. Ale jak nikt? Nie mam na myśli napadu na bank, albo udanie się w samotną podróż do Afganistanu. Chodzi mi o głupie obejrzenie filmu. Nikt nie chce z Tobą iść? To weź nie wyżywaj się na znajomych, tylko idź samemu. Może spotkasz kogoś, z kim dawno się nie widziałeś? Albo poznasz nowe osoby?


 Mam wyrzuty sumienia, że w niektórych sytuacjach nie zachowałam się inaczej. Ale mówi się trudno, prawda?


 W drodze powrotnej miałam również okazję trochę pogadać o gitarach i poznać trochę nowej muzyki :) Przyznaję, że wyszło mi to na dobre, bo przypomniałam sobie, że to właśnie dzięki czasie spędzonym na ćwiczenia można uzyskać oczekiwany efekt. A od października minęło sporo czasu i na pewno umiem więcej, niż dziesięć miesięcy temu :) 


 W piątkowy ranek, kiedy papież był w Polsce, udałam się z niewielką ekipą do Krakowa. Nadal nie mogę uwierzyć, że tam byłam. Droga krzyżowa była ciekawie przygotowana. Szkoda tylko, że nie widziałam inscenizacji od początku. Nie wiedziałam nawet, że coś takiego się dzieje. Dopiero z kolejnymi stacjami odkryłam, że na ekranie coś się dzieje.


Dostałam również książeczkę, którą czytam trochę przed snem. Została napisana przez niemieckiego pastora, który porusza ciekawe kwestie, przykładowo - Po co nam Jezus? Po co żyję?
W piątek (ten, co teraz minął), miałam do czynienia z grupą ludzi z Singapuru, którzy w większości mówili po portugalsku i francusku. A czy ja tych języków się kiedykolwiek uczyłam? Nigdy. A jednak nawet się dogadałam ;D


Podsumowując, nie uważam tych Światowych Dni Młodzieży za stracone- wręcz przeciwnie :)  A jakie są Wasze odczucia związane z tym wydarzeniem? ;)