18 lutego 2017

Szukamy drogowskazów

W ostatnim czasie spotkałam się ze stwierdzeniami dotyczącymi oceniania innych oraz siebie. Obie kwestie są połączone ze sobą w jakiś sposób.

Nie, nie chodzi mi tu o taką samą ilość liter.

Kiedy szufladkujemy osoby dookoła nas, z czasem sami chcemy stać się jak niektóre z nich. Wtedy widzimy w sobie więcej wad, popadamy w coraz to bardziej wymyślne kompleksy. Ale podejrzewam, że to już  wiecie.

 Naturalnie, w drugą stronę też się da. Zauważamy osoby, które zdają się mieć dwie lewe ręce do wszystkiego, pełno niedoskonałości i daleko im do nas. Wtedy to czujemy się od nich lepsi, bardziej idealni. To też już pewnie wiecie.

Najlepsze w tym wszystkim jest to, że gdyby zabrać nam wszystkie rzeczy materialne oraz zniszczyć hierarchię, będziemy wszyscy tacy sami. Może nie atom w atom, ale jednak. Wiele nas dzieli, ale wiele nas łączy.

Każdy z nas jest inny.
Każdy z nas jest człowiekiem i ma prawo do błędów.
Każdy z nas jest dziwny.
Każdy z nas ma swoją historię, życie.
Każdy z nas ma swoje poglądy lub dopiero ich szuka.
Każdy z nas ma problemy.
Każdy z nas pragnie odnaleźć swoje miejsce na Ziemi.
Każdy z nas szuka drogowskazów, które mu w tym pomogą.
Każdy, nawet ten sąsiad z boku obok, który zawsze się tak dziwnie na Ciebie patrzy.


Nikt jednak nie powiedział, że będzie łatwo. Mówią o szczęśliwym życiu. A życie jest skomplikowane. Szczęśliwe i skomplikowane życie.

Na tym blogu nie znajdziesz złotego środka na komplikacje. Przepraszam, jeśli Cię zawiodłam. Mogę Ci jedynie powiedzieć, że do wszystkiego trzeba dojść samemu. W odpowiednim czasie.

Nawet zrozumienie "najoczywistszej oczywistości" może zająć kilka lat Wiesz, to działa jak suchar. Usłyszysz go podczas rozmowy ze znajomymi, oni zdążą już się pośmiać i przejdą na polityczne tematy, a ty dopiero wybuchasz śmiechem. A czasem się zdarzy, że ktoś Ci musi tłumaczyć.

Ludzie, których mamy dookoła są różni. Jedni nas zawodzą i niszczą naszą wizję świata, podczas gdy drudzy starają się podtrzymywać nas na duchu i zrozumieć swoją wartość. Dobrze byłoby się trzymać tylko z tą dobroduszną częścią społeczeństwa, lecz tak się nie da.

W sumie, dzięki temu możemy wyjść na ludzi. Wiele wylanych łez i roztrzaskanych wazonów może zakończyć się asertywnym okrzykiem "DOŚĆ!". Ważne jest, abyśmy zrozumieli w jakiej sytuacji się znajdujemy. Czasem okłamujemy sami siebie, że jest dobrze. Że nie mamy problemów. Ale może pojawić się ktoś, kto powie "Tu się mylisz.". Jeśli tak się stanie, to dziękuj swemu Bogu za to. Padły kiedyś słowa, że czasem Bóg spóźnia się 15 minut, ale i tak zdąży. Nie wiem, jak to przełożyć dla ateistów. Nie należę do nich.

Myślę jednak, że niezależnie od tego w co i kogo wierzymy, zostaniemy kiedyś postawieni w sytuacji, gdy uświadomimy sobie, że nie można siedzieć w miejscu i ukrywać się w rozpadającej się powoli beczce. Zostaniemy zmuszeni, aby wstać i stawić czoła problemom. Jeśli się poddamy na starcie... Nie, nie można wymiękać. To źle się kończy.

Oczywiście, trzeba się przygotowywać na takowy czas. Należy poznawać siebie, próbować siebie zrozumieć. Zaprzyjaźnić się z sobą. Nie patrz na innych, jeśli nie masz na celu zmotywowania się do działania. Każdy z nas jest inny. Można mieć autorytety, ale trzeba też myśleć samemu. Po co mielibyśmy umiejętność myślenia?

Nie chodzi o stanie się tą podziwianą przez wszystkich osobą, którą tak wychwalają dzisiaj na Facebooku. Chodzi o to, aby stać się lepszym od samego siebie. To dopiero wyzwanie.

Budowanie własnej wartości to ciężka sprawa. Ale trzeba zaczynać od małych rzeczy.  Wstałeś dzisiaj prawą nogą z łóżka? Pierwszy sukces. Nie zabił Cię krwiożerczy komar w drodze do łazienki? Kolejny punkt dla Ciebie. Naucz się cieszyć z tych minimalnych, niewidocznych sukcesów. To pomaga. Potwierdzam.



Nie ma sensu też dzielić się na kategorie. Przykładowo - bycie ścisłowcem nie znaczy, że nie możesz być wszechwiedzący, a humanistą, że nie możesz konstruować robotów. Usłyszałam to od dwóch osób i jest w tym jakiś sens. Nie ograniczajmy siebie do sklepowej półki, skoro nie jesteśmy puszką zielonego groszku za 1,99.

4 lutego 2017

Nie ma magicznych słów

Na początku tygodnia przeniosłam na tego bloga kilka starych wpisów z sierpnia 2015. Moimi szkolnymi oczami widzę, że to było w zeszłym roku... Ale to i tak masa czasu.

Wpis zatytułowany słowami, których używam już mniej. Pora się ogarnąć. Teraz "ogarnąć się" interpretuję trochę inaczej. Kiedyś znaczyło to dla mnie, żeby w dokonać w swoim życiu namacalnej zmiany. Przy znajomych oczywiście - uspokój się. Na każdym blogu osobistym, które prowadziłam na przestrzeni tych kilku lat, zawsze chciałam być kimś innym, lepszym, bardziej idealnym.

Teraz rozumiem, że nie ma magicznych słów, które zmienią życie o 90 stopni.

Wydaje mnie się, że wszystko przychodzi z czasem. Jasne, że można postawić sobie jakiś cel. Tylko może jeden i konkretny, aby się na nim skupić i go dopracować? Próbowałam z milion razy i jestem takim leniwcem, że jak sobie wyznaczę kilka zadań, to żadne z niego nie wyjdzie.

tłum. "Życie jest teraz"

 W "zorganizowanej społeczności", którą tak bardzo widać na różnych stronach i pod odpowiednimi hasztagami, może niektórzy dopiero starają się w tym odnaleźć, jak ja? Czytałam dużo wpisów o takiej tematyce, kolekcjonowałam tablice na Pintereście (czy to się na pewno odmienia?)... Serio zaczęłam się starać. Ale nieprawidłowa taktyka może nie zadziałać. Potwierdzam.

Jeśli chodzi o te moje odwieczne zmiany, to idealnego wyglądu bloga jeszcze nie znalazłam. Wiem, że wymyślam. Ale po prostu chcę, aby było ładnie. Aby podobało mnie się dłużej, niż przez tydzień. Nie miejcie więc palpitacji serca, gdy będą działy się tu szokujące rzeczy.

Jeśli chodzi o miniony tydzień, cieszę się z wielu rzeczy. Z osób, które dawno się pojawiły w moim życiu oraz tych znanych mi od niedawna. Z punktualności (w miarę). Z tego, że zrealizowałam prawie wszystkie Week Goals. Z dzisiejszego udanego spotkania, mimo że improwizowałam. Z wczorajszego przeżycia (dobra adoracja, to jednak COŚ). Z dzisiejszych zakupów.

Pozdrawiam!