25 marca 2017

Brak nut nie oznacza ciszy

-John Cage i jego 4:43-

Cisza. Niby prosta, ale jednak trudna. Trudna do słuchania. W ciszy atakuje nas stado myśli, które trzeba uporządkować. Przychodzą do nas wyrzuty sumienia. Nawiedzają nas wspomnienia. Więc nie ma kompletnej ciszy. Pustki.

Czy cisza jest czymś złym?

Chyba nie da się jednoznacznie odpowiedzieć na to pytanie. Cisza może być zła - kiedy przychodzisz do domu i panuje krępująca cisza, która nam mówi, że stało się coś tragicznego. Ale cisza może być też dobra - kiedy po dniu pełnym satysfakcjonujących wydarzeń, siadasz samotnie na kanapie w salonie i myślisz o wszystkim, dzięki czemu odczuwasz szczęście. 

Nie każdy lubi ciszę. Nie każdy jest w stanie słuchać swojego wnętrza. Nie każdy chce się zagłębiać w to co czuje. Może się boi. Może woli udawać, że wszystko jest dobrze. Może woli się zagłuszyć muzyką puszczoną na cały regulator. Tylko czy to jest właściwe?

W ostatnim czasie potrzebuję ciszy. Potrzebuję też muzyki. Da się to jakoś pogodzić. Tak myślę.

Cisza panuje też trochę w moich mediach społecznościowych. Instagram. Twitter. Pinterest. Sanchat. Przyznam, że trochę mi tego brakuje. Ale nie jest źle. Od stycznia strasznie przywiązałam się do Instagrama. Już ten trzeci (?) tydzień korci mnie, aby tam wejść. Mam nadzieję, że wytrwam jeszcze te kilka tygodni.

Na początku marca niby podjęłam się jakiegoś internetowego wyzwania związanego z minimalizmem. Nie wyszło. Ale myślę, że o wiele lepsze jest to, iż w tym tygodniu pozbyłam się 3 lub 4 worków z niepotrzebnymi rzeczami. Wiem, ze to śmieszne, ale w pewnym sensie czuję się bardziej wolna. Jakby te wywalone rzeczy mnie wcześniej przygniatały.

W poprzednim wpisie zadałam pytanie, czy da się w pewien sposób żyć prosto i elegancko, ale też skromnie. No i minimalizm. Wspomniałam też, że prostota kosztuje. Ale mogę stwierdzić, że teraz mam inne spojrzenie na sprawę. Niewiele inny ale jednak.

 Czytałam jakieś teksty w Internecie i najbardziej przypadło mi do gustu zdanie, że nie ma określonych zasad w minimalizmie. Wiadomo, że chodzi o ład i porządek. Ale każdy postrzega to inaczej, obiera sobie inną drogę. I tu właśnie pojawia się to pojęcie prostoty. Wydaje mnie się, że ową prostotę możemy podzielić na dwa typy. Taką oszczędną prostotę i jakościową.

 Oszczędną, czyli kupujesz to samo co wcześniej, ale tylko potrzebne rzeczy. Rozważasz każdy zakup. Wyrzekasz się niektórych rzeczy, aby zaoszczędzić, gromadzić pieniądze na inne cele.
Jakościowa, kiedy nie kupujesz coś droższego (i niby lepszego). Też kupujesz mniej, ale wydajesz tyle samo. Taki podział wydaje mnie się logiczny... Przynajmniej teraz.

Nie jestem profesjonalistką. Mam 16 i szukam siebie. Jak przeze mnie zaczniesz robić jakieś głupoty... Pilnuj się, czy nie jestem kolejną osobą, która wciska Ci śmieci do mózgu. Ostatnio zauważyłam sama, jak niełatwo jest odnaleźć jakieś wartości w odbieranym tekście. Każdego dnia bombardują nas informacjami. Tylko które z nich są właściwe?

Usłyszałam wczoraj "Wątpię, więc myślę, a myślę, więc jestem". Nie należy każdej przeczytanej informacji uważać za słuszną. W XXI wieku mamy do czynienia z rzeczami ulepszonymi dla nas, spełniającymi nasze oczekiwania.

Ale przecież rzeczywistość jest różna od moich pragnień. Jest wiele rzeczy, które mi pasują. Ale jest też wiele przeszkód i wiem, że nie mogę udawać, że ich nie widzę. Wtedy będę żyła w kłamstwie. Są piękne kłamstwa i brzydkie prawdy. W zależności od tego co wybieramy, kształtujemy nasz światopogląd. Wiadomo, są jeszcze zasady, dekalogi i inne takie. Skoro jestem chrześcijanką, powinnam opierać swój światopogląd o Przykazania, a nie zasady wymyślone przez ludzi pragnących bycia bogami. Nie jest to proste. Ale trudno teraz o rzeczy banalne. Chyba, że egzystowanie w bańce mydlanej uważasz za słuszny wybór.
 

6 marca 2017

Modny minimalizm?

 Już jakiś czas zastanawiam się, czy poniedziałek nie powinien zostać mianowany na Korostorii ulubionym dniem. Pierwszy dzień tygodnia daje mi poczucie, że mogę zacząć coś lepiej, od początku.

 Wczoraj czytałam różne blogi, wiele mi jeszcze zostało. Ale przeczytane wpisy wprawiły mnie w zadumę. Przyznaję otwarcie, że jestem hipokrytką. W większości przypadków  mówię inaczej, niż robię. Wiem, że to złe. Ale staram się przyznawać do tego. Na chwilę obecną wydaje mnie się słuszne, że moi znajomi wiedzą o mojej nielogicznej cząstce. Ale nie o tym chcę pisać.
 Trafiłam na wpis dotyczący minimalizmu.
 Odnoszę wrażenie, że jest on modny w ostatnim czasie. Lubię być choć trochę na czasie. Minimalizm podoba się mnie jako coś prostego i szykownego zarazem. Półki sklepowe uświadamiają, że prostota kosztuje. Czy da się w pewien sposób żyć prosto i elegancko, ale też skromnie?

Pewnie się jakoś da. Tylko jak? Należy być mało wystarczalnym i prawie nic nie kupować? A może kupować tylko wyszukane rzeczy? 


 Przeglądając grafikę po wpisaniu minimalist w wyszukiwarkę, poczułam potrzebę podjęcia jakiegoś wyzwania. Jest Wielki Post, z moimi drobnymi postanowieniami jakoś mi idzie... Jeszcze. Czemu by nie wykorzystać tego motywującego dla mnie czasu na wzbogacenie się o doświadczenia?

Tak, ktoś może stwierdzić, że minimalizm nie ma nic wspólnego z Bogiem. Czy asceta jest minimalistą? Czy dzień bez Internetu nie wyjdzie chrześcijaninowi na dobre? Nie chcę tego naginać czy coś, lecz porządkując życie duchowe, można się zająć też tym ziemskim, prawda? Jakby nie było, obie sfery są ze sobą połączone.

Na niektóre rzeczy nie mamy wpływu - fakt. Należy zaakceptować swoją bezradność, mimo że jest trudno. Staram się. Kiepsko się z tym czuję, ale... Trzeba jakoś żyć i zająć się sprawami, które są w zasięgu naszej ręki. Bezsensu jest wyszukiwać zadań, które mogą się okazać naszymi górnolotnymi ambicjami, dążeniem do idealizmu. Można się w tym pogubić. Nie tylko w posiadaniu bombowego mieszkania, figury, bloga, biblioteczki.. W życiu psychicznym, duchowym też się to sprawdza. Ślepo patrzeć w dalekie cele nie zwracamy uwagi, jak piasek w klepsydrze zwanej "życie" powoli się przesypuje.

 Może dlatego minimalizm wydaje mnie się spoko. Nie ma co wybiegać daleko w przód. Cieszyć się tym, co się posiada. Nie ograniczać się, a jednak zachowywać umiar. Daleko mi do tego. Może dlatego tak mnie to fascynuje?

Ale tak... Poniedziałkowy wieczór. Jutro wtorek. Nowy dzień nieskalany błędami. Więc powoli.
Małymi kroczkami. Trzeba się ruszyć. Cieszyć z życia. Jakby jutro miało nie nadejść.

4 marca 2017

Niewidzialność może być przeszkodą albo siłą, zależy, co postanowisz z nią zrobić.

Jeanne Ray

Jeszcze wczoraj myślałam, że będzie to jeden z tych depresyjnych wpisów, gdzie narzekam na całe życie.Ale nie. Nie zrobię tego.

Nie będę jednak ukrywała, że zastanawiam się nad sensem pisania dalej bloga. Niby to lubię, ale od jakiegoś czasu średnio się odnajduję. Nie mam pomysłów na wpisy... Prawdą  jest, że w ostatniej chwili wynajduję jakiś temat i staram się pisać jakieś sensowne rzeczy na temat. Myślę, że to mi w miarę wychodzi, Ale dobra, mniejsza z tym. To tylko moje dzikie rozkminy.


A teraz trochę pozytywnych rzeczy. W tym tygodniu działo się tyle, ze odnoszę wrażenie, że niektóre z nich działy się sto lat temu.

W poniedziałek koleżanka miała wystawę w nowej kawiarni. Wszystko super, tylko rozczarowałam się organizacją przestrzeni, jeśli chodzi o zamieszczanie zdjęć. Wiszą w ramkach nad schodami, które prowadzą do jakichś biur. Ale kawiarenka przytulna i tylko czekam na okazję, aby się tam przejść. Doszłam do wniosku, że powinnam znać różne ciekawe i klimatyczne miejsca w moim mieście. Takie przydają się najbardziej, a McDonald jest dość popularnym miejscem, gdzie niekiedy ciężko znaleźć trochę przestrzeni dla poważnych spraw.

 Wtorkowe popołudnie spędziłam na spaniu. W środę wstałam więc o 3.30. Z rozmów wyciągnęłam wnioski, że może trochę za bardzo się staram, skoro zajmujące mi połowę nocy rzeczy da się zrobić szybciej, prościej. Pewnie trochę w tym prawdy. Każdy jest jednak inny. Ja lubię komplikować sobie życie. Wtedy czuję, że mam co robić i nie czuje się bezradna.

Pamiętacie, ja bardzo dawno temu pisałam o castingu? Wtedy nie wzięłam w nim udziału. Ale moi znajomi ta i w czwartek była premiera.Występ był ciekawy. Może odrobinę za szybko wszystko się działo - akcja działa się w szpitalu, rak i te sprawy. Było poruszanych wiele wątków i brakowało takich króciutkich odstępów. Ale prócz tego, super było zobaczyć osoby, z którymi gadam na co dzień, jak z pasją robią to co bardzo lubią. Po spektaklu zostałam chwilę, aby pomóc posprzątać. Zwinęłam przy okazji porzuconą kartkę z tekstem i chwytami do piosenki. Oj, ja nie dobra. Ale utwór ten jest taki... poruszający? To on sprawił, że na koniec przedstawienia trochę płakałam.
Lubię odkrywać :D
Piątek. Zawsze o 19.00 wyruszam na Niniwę. Jestem wdzięczna, że mnie tam zaprowadzono. Chodzę już prawie rok. Czuje się, że w pewnym stopniu to taka moja rodzina. Wiele się wydarzyło i wiem, że jeszcze się stanie. A teraz... Nie muszę od razu się rozgadywać na tematy, które mnie gnębią. Wystarczy, że mina jest nie taka, a już się słyszy jakieś krzepiące słowa. To jest takie super. Prawdą jest, że nigdy nie doświadczyłam takiej książkowej i filmowej przyjaźni na śmierć i życie. Ale doświadczam wsparcia, odzyskuję wiarę w siebie, mam dobrych znajomych, którym mogę zaufać. A to wszystko dzięki wierze. Wierze w Boga.

Myślę, że sobota też całkiem nieźle minęła. Muszę zrobić jeszcze kilka rzeczy, ale to tam. Dam radę :)
Po tygodniowych dołkach nie ma już zbyt wielkiego śladu. Oby tak dalej.

Jak Wam minął tydzień? Jakieś zmiany? Nowe postanowienia na Wielki Post? Inna perspektywa? A może codzienna rutyna z uśmiechem na twarzy?

P.